Forbes Polska 9/2005

"e-śmieci przynoszą im krocie"


Thornmann, polska firma z niemiecką nazwą, robi furorę w recyklingowym biznesie. Zachodni potentaci nie mają na nią sposobu.
Karolina Sobczak

Jeszcze niedawno lodówki kończyły żywot porzucone w lasach i na wysypiskach. Dziś podlegają już utylizacji, a ta jest nie mniej skomplikowana od samej produkcji. Nic tu nie może się zmarnować. Biały plastik z obudowy nadaje się na formy do produkcji doniczek, czarny z wentylatorów przyda się na wieszaki. Huty czekają na stal i aluminium. Poliuretan kończy jako zmielona i zbrykietowana mączka wykorzystywana m.in. do produkcji samochodowych desek rozdzielczych.

Za całym procesem kryje się zaawansowana technologia, którą dysponuje w kraju niewiele firm. Zaś piankę izolacyjną z lodówek w całej Unii Europejskiej potrafi odzyskiwać tylko jedna - założony przez Piotra i Annę Widuch toruński Thornmann.

Mimo posiadania unikalnego know-how to rodzinne przedsiębiorstwo przez kilka ostatnich lat funkcjonowało na granicy opłacalności. Powód? Z wartego prawie 200 min zł rynku recyklingu sprzętu RTV AGD do takich firm jak Thornmann trafiało zaledwie 3 min złotych. Do tej pory duże firmy z własnej woli oddawały do recyklingu swoje elektroniczne śmiecie. Od października, kiedy wejdzie w życie ustawa o zużytym sprzęcie elektrycznym i elektronicznym, obowiązek zbierania z rynku urządzeń RTV AGD będą mieli też sami producenci. Zgodnie z unijną dyrektywą określającą zagospodarowanie odpadów elektrycznych i elektronicznych (WEEE), nowe kraje unijne mają zbierać 4 kg sprzętu na mieszkańca rocznie. W Polsce byłoby to więc ponad 150 tys. ton, prawie dziesięciokrotnie więcej niż dziś.

Nadciągającą koniunkturę na rynku wyczuwają zachodni giganci: niemiecki koncern Remondis i szwedzka Stena. Obie firmy chciały kupić zatrudniającego 25 osób Thommanna, ale odeszły z kwitkiem. Inwestorzy nie przewidzieli bowiem, że trafią na człowieka, który choć działa na mniejszą skalę, o recyklingowym biznesie wie więcej niż wielu europejskich specjalistów i wyczuwa rynkowe trendy. No i jest znacznie tańszy.

Podczas gdy stawki Remondisa i Steny przekraczają 15 euro za kilogram przyjmowanych od klientów urządzeń chłodniczych, Thornmann bierze tylko 5 euro, podstawia własne kontenery i odbiera stary sprzęt. Biznes kręci się tak dobrze, że we wrześniu rodzina Widuchów uruchomi w Berlinie pierwsze zagraniczne biuro handlowe. Tam na utylizacji zużytych lodówek można zarobić 30 min euro.

Piotr Widuch nie bez powodu wybrał Niemcy. To na tym rynku były jubiler począwszy od 1989 r. zdobywał pierwsze recyklingowe doświadczenia.

- Byłem właścicielem firmy produkującej złotą i srebrną biżuterię dla Centrali Jubiler - wspomina Widuch. Kiedy Polskę na początku lat 90. zalały łańcuszki z Włoch, sprzedał biznes i z gotówką wyjechał do Niemiec. W ramach zafundowanego mu przez władze dokształcania uczęszczał na uniwersytecki kurs ochrony środowiska. Podczas praktyk zwiedzał niemieckie firmy recyklingowe, a te chętnie dzieliły się swoją wiedzą. Menedżerowie z Remondisa (wtedy nazywał się Rethmann) pomagali mu nawet napisać pracę na temat inwestycji w recykling.

W 1993 r. Widuchowie przyjechali do Polski z pomysłem założenia utylizacyjnego biznesu. Wtedy jednak na próżno szukali klientów gotowych, by oddać im zniszczony sprzęt. Dopiero cztery lata później mogli zacząć rozkręcać biznes z prawdziwego zdarzenia. Pod Toruniem wydzierżawili niewielką halę i zarejestrowali Thornmanna (po polsku znaczy to "człowiek z Torunia"). Szybko przenieśli się do miasta, gdzie wybudowali własny zakład. Widuch wyposażył firmę w identyczny - choć używany - sprzęt, jaki widział w niemieckich firmach recyklingowych.

Pierwszym klientem była Presspublica, wydawca dziennika "Rzeczpospolita", która Thornmannowi przekazała kilkadziesiąt starych komputerów. Jednocześnie firmie udało się zainteresować katowicki Instytut Gospodarowania Odpadami (prywatną firmę założoną przez byłych pracowników państwowego Instytutu Gospodarki Odpadami) pomysłem na utylizację cartridgów do drukarek, który - jak twierdzi Widuch - też poznał na niemieckich szkoleniach.

Widuch miał sposób (do dziś jest to tajemnica firmy) na zamienianie pyłu z tonerów w twarde brykiety, dzięki czemu toksyczne substancje nie wydostają się do środowiska. Od IGO otrzymał certyfikat i obietnicę polecenia go współpracującym firmom. Pierwszy był oddział koncernu Hewlett-Packard (HP), od którego Thornmann na dzień dobry przyjął 40 komputerów i drugie tyle monitorów.

- Wcześniej musieliśmy sami zbierać, pakować i wywozić sprzęt do Niemiec. Pojawienie się Thornmanna było dla nas ogromnym ułatwieniem. Współpraca z tą firmą to przyjemność - mówi Tomasz Mizera, szef działu nieruchomości HP Polska. Potem wśród klientów toruńskiej firmy pojawiły się banki i ministerstwa. Dziś miesięcznie Thornmann utylizuje prawie 200 ton monitorów. Za każdy kilogram pobiera ok. 3 zł (tonery kosztują 6 zł). Jedno poddane recyklingowi urządzenie chłodnicze kosztuje 100 złotych.

- To biznes skazany na sukces. Rentowny i poza sprzętem chłodniczym oraz kineskopami, niewymagający dużych inwestycji - twierdzi Wojciech Konecki, prezes Conseil Europeen de la Construction d'Appareils Domestiques (CECAD), polskiego oddziału europejskiej organizacji zrzeszającej producentów RTV AGD.

Na początku działalności Widuch koncentrował się na rozbiórce monitorów, telewizorów i drukarek. Przełom nastąpił, gdy w 2002 r. TP SA, obsługiwana już przez firmę Widucha, zapytała, czy do komputerów może dołączyć też klimatyzatory. Z myślą o tym kontrakcie szef Thornmanna znowu pojechał do Niemiec na nauki. Przywiózł wiedzę i specjalistyczną linię do recyklingu sprzętu. Lekko wybrakowana kosztowała go kilkaset tysięcy euro. Za nową musiałby zapłacić 3,5 min euro.

Widuch zdobył zlecenia od takich firm jak Whirlpool, Pepsi i Coca-Cola, których jest dziś wyłącznym recyklerem.

- My też zaczynaliśmy współpracę od utylizacji komputerów, teraz powierzyliśmy im lodówki. Nie znam firmy, która robi to lepiej od Thornmanna - zapewnia Bogdan Kraśnicki, dyrektor ds. ekologii w Amice Wronki.

Po przerobieniu lodówek, pralek, komputerów czy monitorów toruńskiej firmie zostają tony szkła kineskopowego, kabli, plastiku. Część złomu Widuch sprzedaje przedsiębiorstwom niemieckim, specjalizującym się w dalszej utylizacji już podzielonych elementów. Czarny plastik kupuje polska firma (Widuch nie ujawnia jej nazwy), która przerabia go na wieszaki. Z plastikowych obudów lodówek Thornmann otrzymuje polistyren będący tworzywem do form wtryskowych, wykorzystywanych np. do produkcji doniczek. Szkło kineskopowe - już oczyszczone, w małych kawałkach wraca z kolei do fabryk telewizorów należących np. do koreańskiego Samsunga.

- Do nas potencjalni klienci przyjeżdżają nawet z Hongkongu - chwali się
Widuch. Ostatnio jego firma sprowadziła używany młyn do mielenia platiku i blachy (nowy wart jest ok. 3 mln euro). Takich maszyn w Niemczech pracuje zaledwie sześć, w Polsce tylko jedna - kupiona przez Thornmanna.

- Inwestuje ostrożnie, dopasowując się do rynku. Dlatego jeśli chodzi o recykling sprzętu elektrycznego i elektronicznego, wygrywa z zachodnimi koncernami - mówi Jerzy Ziają z Ogólnopolskiej Izby Gospodarczej Recyklingu.

Stena w zeszłym roku postawiła nowoczesny zakład w Swarzędzu i zainwestowała w maszyny przerabiające 60 ton sprzętu na godzinę. W polskich realiach można tyle zniszczyć, ale tygodniowo. Thornmann, choć z notującą na świecie 16 mld koron szwedzkich (8 mld zł) i posiadającą 150 zakładów Steną nie może się równać, w Polsce radzi sobie znacznie lepiej. Do tego stopnia, że toruński biznesem kupił właśnie część dawnej fabryki kabli w podwarszawskim Ożarowie. We wrześniu zacznie adaptować pomieszczenia na drugi zakład utylizacji. Kolejny może ruszyć we Frankfurcie nad Odrą. Kiedy mu się to uda, na tańszego, mniejszego i bardziej elastycznego Thornmanna konkurenci będą musieli uważać nie tylko na polskim rynku.